"Chciałem tylko nastraszyć". Zabójstwo sądzone po 20 latach
Autor: Michał Laudy (laudy@biala24.pl)
Data publikacji: 16.03.2017, 16.28
fot. Michał Laudy
Przed Sądem Okręgowym w Lublinie ruszył proces w sprawie zabójstwa w Terespolu w 1996 roku. Dzięki pracy policyjnego "Archiwum X" po latach udało się ustalić, kto mógł pociągnąć za spust pistoletu i śmiertelnie postrzelić 62-latkę. Władimir M. przekonywał, że nie miał na celu zabicia Stanisławy W., a tylko nastraszenie jej syna.
Do zdarzenia doszło w środę, 4 września 1996 roku około 23.45 w bloku przy ulicy Wojska Polskiego w Terespolu. Władimir M. miał wtedy niespełna 19 lat, dzisiaj jest 39-letnim kawalerem ze średnim wykształceniem.

"Przewidując możliwość zaistnienia skutków w postaci zgonu Dariusza W. i godząc się na to, oddał strzał z małokalibrowego pistoletu kal. 6,35 mm w kierunku zamkniętych drzwi jego mieszkania, w wyniku czego pocisk przebił drewniane poszycie drzwi 107 cm nad podłogą i 21 cm od lewej krawędzi futryny, po czym trafił przebywającą w mieszkaniu Stanisławę W., powodując rozległe uszkodzenia narządów miąższowych, czyli wątroby, śledziony i trzustki oraz ściany aorty, krwawienie do jamy otrzewnowej do przestrzeni zaotrzewnowej oraz następczy wstrząs urazowo-krwotoczny, co doprowadziło do zgonu postrzelonej" - opisał zdarzenie i jego efekt prokurator Mariusz Szewczyk, odczytując akt oskarżenia prokuratury okręgowej. Dariusz W. to syn zamordowanej, według ówczesnych relacji medialnych związany z firmą, która prowadziła "komitet kolejkowy" przy przejściu granicznym. Jego matka zmarła 5 września 1996 roku przed 3 w nocy na stole operacyjnym.



Oskarżony przyznał się na rozprawie do tego, że strzelił w drzwi, ale nie pomyślał że może kogoś skrzywdzić. - Zrobiłem duży błąd, chciałem nastraszyć Dariusza za to, że zostałem pobity wcześniej. Myślałem, że jak strzelę w drzwi to później znajdzie dziurkę od kuli i się przestraszy i zaprzestanie takich rzeczy. Przyszedłem i strzeliłem w dolną część drzwi, aby ślad było widać przy zamku - tłumaczył M. Dariusz W. miał być w grupie, która kilka razy wcześniej pobiła Białorusina.

Plotki i łzy
M. opisywał, że była już ciemna noc i nie przypuszczał że o tej porze ktoś może być za drzwiami. Utrzymywał, że nie podszedł pod drzwi, wszedł tylko na schody i stamtąd strzelił. Nigdy wcześniej nie używał pistoletu. - Byłem w stresie, w tym czasie brałem narkotyki. Pamiętam, że strzeliłem, a później mam pustkę w głowie. Jak wróciłem do Brześcia, po kilku dniach zaczęły krążyć plotki że w Terespolu ktoś zginął. Przez całe swoje życie miałem wątpliwości, bo oficjalnych informacji nie było. Bardzo przeżywałem to, co się stało, bo wiedziałem że plotki nie powstają same z siebie, coś się musiało stać. Przez sześć lat potem mieszkałem w Brześciu i nikt mnie o to nie zapytał - opowiadał oskarżony.

Kiedy mówił o tym, że w 2013 roku zrozumiał, że plotki są prawdą bo powiedziano mu o przesłuchaniach jego znajomych, płakał. Na krótką chwilę przerwał składanie zeznań. Przewodniczący składu orzekającego sędzia Mariusz Jaroszyński kazał zaprotokołować reakcję Białorusina.



Oskarżony przeprosił obecnego na sali syna zabitej. - To jest niemożliwe, aby cofnąć czas. Przysięgam, że nie chciałem tego. Błagam o wybaczenie - mówił w kierunku świadka.

Białorusin utrzymywał, że nie zdawał sobie sprawy że mały pistolet przerobiony z gazowego, który dostał wraz z amunicją kilka miesięcy wcześniej w prezencie, może zrobić tyle krzywdy. To był pierwszy strzał z tego pistoletu. Broń później przez rok leżała w domu Białorusina, po czym zabrał ją znajomy.

Nie pamiętał, czy z kimś i ewentualnie z kim przyjechał do Terespola, wiedział tylko że przyjechał samochodem. Nie wiedział również, czy pod blok przyszedł sam, wiedział że na klatkę wszedł w pojedynkę. - Stałem na schodach około dwa metry od drzwi, strzelałem prawą ręką. Nie pukałem do drzwi, nic nie mówiłem na klatce - zeznał oskarżony. Osobiście nie znał mężczyzny, którego miał nastraszyć. Przed tym i po tym jak strzelił, nie słyszał żadnych odgłosów z mieszkania. Jak zeznał, dlatego później nie mógł uwierzyć, że kogoś trafił.



"Nie wiedziała, skąd ta rana"
Synowa 62-latki z trudem opanowała emocje podczas składania zeznań. Mimo upływu lat (dzisiaj jest prawie w tym wieku co w 1996 roku jej teściowa), wspomnienia odżyły. - To był ogromny szok. Byłam w mieszkaniu z dziećmi i teściową, męża nie było. Obudziło mnie pukanie. Nie podeszłam do drzwi, bo nikogo się nie spodziewałam. Podeszła do nich teściowa. Była niewidoma, miała wyczulone zmysły m.in. słuchu i szybko reagowała. Usłyszałam, jak teściowa stęka, zobaczyłam krew na koszuli. W tym czasie przez okno wrzucono duży kamień. Obudził się syn, zrobiło się zbiegowisko. Teściową musiało bardzo boleć, uspokajałam ją. Nie wiedziała, skąd się wzięła ta rana. Jak już pogotowie zabrało teściową, pojawił się nie wiadomo skąd szwagier (Dariusz W. - red.), zabrał coś szybko z pokoju i wyszedł - tłumaczyła żona syna poszkodowanej.

Białorusin ponownie przeprosił rodzinę. - Dlaczego pan to zrobił? Jeszcze taką biedną kobietę, która nigdzie z domu nie wychodziła... - odpowiedziała mu synowa zabitej.

W zeznaniach są rozbieżności. Synowa 62-latki nie słyszała wystrzału, a oskarżony utrzymuje, że odgłos był i nawet powtórzył go na rozprawie dźwiękonaśladowczo. Białorusin twierdzi, że na klatce był sam, nie pukał i się nie odzywał, a synowa ofiary lata temu zeznała, że słyszała głośne pukanie do drzwi i dialog teściowej z mężczyzną mówiącym z białoruskim akcentem: "- Czy jest Darek? - Nie ma - A gdzie jest? - Nie wiem".

"Wcześniej ktoś pytał o Darka"
Na czwartkowej rozprawie zeznawali także mieszkańcy z sąsiedniego bloku. Ich nazwiska Białorusin także nie kojarzył. - Mąż mówił, że słyszał jakiś strzał, ja nie mogę sobie przypomnieć czy coś słyszałam. Tego samego wieczoru wcześniej jakiś mężczyzna przyszedł do nas pod drzwi i pytał "Czy jest Darek?". Mój syn ma tak samo na imię jak syn pani W. Nie potrafię dzisiaj odtworzyć szczegółów tej historii. Wtedy w Terespolu było o tym głośno, wszyscy o tym mówili - mówiła lokatorka sąsiedniego budynku. Sytuację obserwowała wtedy z góry, mieszka na czwartym piętrze. W 1996 roku podała dokładny rysopis mężczyzny, którego widziała w wizjerze - nieznanego jej wcześniej krępego dwudziestokilkulatka. Wówczas zeznała też, że słyszała brzęk i odgłos, być może wystrzału.

Niewiele pamiętał jej syn. - To było bardzo dawno, to było lato, pamiętam że przyjechałem skądś i się położyłem. Było późno, bo ktoś przyszedł pod drzwi mieszkania, już byłem w łóżku i powiedziałem, żeby powiedzieli że mnie nie ma. Zginęła kolegi matula, coś było strzelane. Co pamiętam? Krzyk dzieci, odgłos jakby rozbitej szyby - mówił. Stwierdził, że ze swoim imiennikiem, Dariuszem W. nie miał wspólnych interesów.

Prokurator próbował ustalić, czy świadek pracował w "takiej firmie, która za 10 zł budziła kierowców, kiedy była ich kolej na odprawę". W tej samej firmie pracował Dariusz W. - Może, ale naprawdę nie pamiętam - odpowiedział. Negatywnie odpowiedział też na pytanie prokuratora, czy "były jakieś dymy na przejściu". - Trochę pan jak Pytia delficka odpowiada - skomentował oskarżyciel.

"Ktoś chyba strzelał do twojego domu"
Specyficzny klimat granicy z tamtych lat odświeżyło odczytanie archiwalnych zeznań świadka. Dwa dni przed tragicznym zdarzeniem zatrudnił się w Koltirze, "pilnującym kolejki" samochodów do przejścia granicznego. 4 września w radiu usłyszał, że Koltir działa nielegalnie i komitet kolejkowy prowadzi straż graniczna. Wieczorem przejechał do Białej i z powrotem do Terespola z między innymi Dariuszem W. - Około 23.30 ktoś zadzwonił do drzwi. Mężczyzna rosyjskojęzyczny, siłujący się na polską mowę, zapytał "Czy jest Darek?", matka odpowiedziała, że nie ma. Potem ktoś zapytał "kili" lub "kieli będzie?", matka odpowiedziała, że nie wie. Nie był to znajomy głos. Słyszałem, że ktoś schodzi w dół, były to dwie osoby. Poszli w kierunku ulicy Wojska Polskiego. Jeden z nich mógł być tzw. "czarnuchem" (Ormianinem - red.) - zeznawał w 1996 roku imiennik Dariusza W.

Według jego ówczesnych zeznań, najpierw usłyszał brzęk, a minutę-dwie później huk, który mógł być wystrzałem. Nie widział, aby ktoś uciekał, słyszał płacz wnuczki rannej kobiety. Zadzwonił do konkubiny Dariusza W. - nietypowo jak na 1996 rok, zadzwonił na komórkę. Powiedział "Darek, ktoś chyba strzelał do twojego domu". Jako przypuszczalny motyw zdarzenia podał śledczym zatrudnienie Dariusza W. w Koltirze.

Tragedia odcisnęła swoje piętno na rodzinie zabitej - jej wnuki (wówczas 6-letnia dziewczynka i 12-letni chłopiec) miały lęki, problemy zdrowotne i emocjonalne, a synowa bała się dłużej mieszkać pod tym adresem.

Upływ lat zrobił swoje - świadkowie po odczytaniu ich zeznań złożonych w śledztwie stwierdzali, że są one bardziej wiarygodne, bo złożone "na świeżo". Wielu szczegółów nie pamiętali lub myliły się im. Synowa 62-latki mylnie przypominała sobie, jakoby dzwoniła na pogotowie (faktycznie dzwoniła sąsiadka), mieszkanka sąsiedniego bloku nie pamiętała, czy była przesłuchiwana, a jej syn nie pamiętał, czy pracował w "komitecie kolejkowym".

Dariusz W., wezwany jako świadek nie stawił się. Sądowi nie udało się ustalić, co się z nim teraz dzieje - świadkowie nie widzieli go od co najmniej trzech lat, a brat po zdarzeniu z 1996 roku obwiniał go o śmierć matki i zerwał kontakty. Innego brata Dariusza W., tego który był w mieszkaniu w krytycznym momencie, strony określają jako kluczowego świadka - nie stawił się, bo pracuje za granicą, ale przed sądem będzie musiał się pojawić.

Kolejna rozprawa w tej sprawie 13 kwietnia.



Białorusin stanął przed sądem dzięki pracy policjantów z "Archiwum X". Specjaliści z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie zaglądają do starych akt i używają dzisiaj technik kryminalistycznych, o których w 1996 roku można było tylko pomarzyć - od przeszukiwania komputerowych baz po badania genetyczne. Dzięki współpracy Archiwum X, bialskich policjantów i ich kolegów z drugiej strony Bugu udało się ustalić jednego ze sprawców. Za Władimirem M. wydano Europejski Nakaz Aresztowania. "Wpadł" w marcu 2016 roku w Augsburgu w południowo-wschodnich Niemczech. Dwa miesiące później trafił do polskiego aresztu, gdzie będzie przebywał co najmniej do 30 czerwca - na zakończenie rozprawy sąd przedłużył okres stosowania środka zapobiegawczego. Przed sądem oskarżonego reprezentuje obrońca z urzędu Krzysztof Jaroch.
KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.