Choroba nie wybiera: Przemóc własną słabość
Autor: Istvan Grabowski
Data publikacji: 19.03.2017, 19.40
Istvan Grabowski
Jest ich wielu, choć nie wszyscy chcą się afiszować własnym uzależnieniem. Na spotkania klubów AA przychodzą osoby w różnym wieku. Swoim zachowaniem przekonują, że można bawić się bez krztyny alkoholu. Mają różne zawody, bo choroba nie dotyka tylko ubogich, mało wykształconych. O niedawnej przeszłości mówią niezbyt chętnie.

Po części milczą ze względu na presję społeczną. Nie da się ukryć dwoistej postawy społecznej wobec alkoholizmu. Mało kto reaguje na zataczającego się lub nawet leżącego na chodniku pijaka. Myślą, może mu coś zaszkodziło.

- Nie sądzę, aby mój przypadek był czymś wyjątkowym. Powoli staję na nogi, choć kosztowało mnie to ogromnie dużo trudu -  mówi Jerzy, niegdyś wzięty prawnik, dziś bez stałego zajęcia. - Każdy musi dźwigać swój krzyż.

Ja zapewne miałem to zakodowane w genach, ale tak naprawdę do picia wciągnęli mnie koledzy. Kiedyś abstynent uchodził za nieco podejrzanego, jeśli nie donosiciela. Swój chłop musiał umieć golnąć, nawet gdyby następnego dnia ciężko to odchorował. Nie umiem policzyć wszystkich butelek koniaku, jakie musiałem kiedyś osuszyć. Gorzała pomogła mi wdrapać się na upragniony wierzchołek i ten sam dopalacz ściągnął mnie w rynsztok.

Jerzy stracił atrakcyjne stanowiska z własnej winy. Kiedy rodzina, doprowadzona do krańcowej desperacji jego upadkami chciała mnie eksmitować z domu, zdecydował się na leczenie

- Nie było mi łatwo. Usiłowałem trzeźwieć kilka razy, jednak bez skutku. Wyleczono mnie na siódmym odwyku. Od dziesięciu lat unikam alkoholu. Co z tego, skoro zdrowie nie te, wątroba otłuszczona, nerwy skołatane, a nogi odmawiają posłuszeństwa?

Twarz Bożeny, dawnej laborantki, obecnie rencistki, jest bardzo wymowna. Jej też dała się we znaki choroba alkoholowa.

- To przyszło nagle, całkiem niespodziewanie. Nie piłam więcej niż koleżanki. Widocznie miałam słabszą głowę. Kieliszek wódki pomagał mi w rozładowaniu stresu. Tych mi nie brakowało z powodów rodzinnych. Wielokrotnie wpadałam w różne tarapaty, także w pracy. Po kilku nieusprawiedliwionych nieobecnościach dostałam wymówienie. Kto wie jak długo trwałabym w nałogu. Chłodna refleksja przyszła w momencie, gdy uległam wypadkowi. Teraz nie piję i staram się pomagać innym w powrocie do trzeźwości.

Przypadek Mariusza nie odbiega od codzienności. Zawsze uchodził za bardzo zdolnego. Nagrody sypały mu się niczym z rogu obfitości. Bardzo szybko awansował na szefa placówki kultury. Miał atuty, by prowadzić ją wzorowo. Nigdy nie narzekał na brak pomysłów. Na przeszkodzie w ich realizacji stanęła jednak wódka. Kiedy zaczął przychodzić na spotkania z młodzieżą w stanie upojenia, zdecydowano się go zwolnić. Frustracja pogłębiła uzależnienie. Próbował imać się przypadkowych zajęć. Zawsze z negatywnym skutkiem. Jeździł trochę handlowo do Brześcia. Tam dopiero poznał kolegów, którzy dla kielicha oddaliby wszystko, nawet ostatnią koszulę. Na zarobek trudno było liczyć, gdy zdobywane pieniądze od razu zamieniał na drink. Przepadał z domu na całe tygodnie. Nikt nie umiał powiedzieć, z czego się utrzymuje, co je, gdzie spędza noce. W przekonaniu dawnych znajomych sięgnął dna. Niełatwo się z niego podnosi. Mariuszowi pomogli życzliwi ludzie, związani z Kościołem. Po wielu namowach zdecydował się uczestniczyć w mityngu. Od ośmiu lat nie wypił ani kropli alkoholu. Znajomi pomogli mu znaleźć nowe zajęcie. Teraz Mariusz znowu sprawuje kierownicze stanowisko.  Przedstawia się jako trzeźwiejący alkoholik. Profilaktycznie nie spotyka się z kolegami od kieliszka. Wiadomo, licho nie śpi.

Losy tej trójki stanowią tylko wycinek walki, jaką usiłują toczyć ludzie uzależnieni od alkoholu. Powodzenie zależy w dużej mierze od nich samych. W odpowiednim momencie uświadomili sobie własną niemoc i postanowili zmienić styl życia. 

KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.