Kariera jest ułudą
Autor: Istvan Grabowski
Data publikacji: 17.04.2017, 10.47
fot. Istvan Gabowski
Znajomi nazywają go człowiekiem-instytucją. Publiczność zna go z 18 płyt i gorąco przyjmowanych koncertów. On sam zaś wyżej ceni swój dorobek naukowy, bo popularność sceniczna to wrażenie niezbyt trwałe, zapewniające krótkotrwałą satysfakcję. Mowa o Aloszy Awdiejewie, którego każdy koncert wzrusza i bawi.
- Śpiewa pan nie tylko romanse, ale to właśnie one zapewniły panu ogromny rozgłos.
- Bardzo je lubię i chętnie podśpiewuję także w domu. Wiele lat mieszkam w Polsce, ale tkwi we mnie rosyjska dusza, romantyczna i śpiewna. Zgodnie z przekonaniem moich rodaków na frasunek najlepszy jest trunek i piosenka przypominająca plaster miodu.

- Skąd czerpie pan inspiracje?
- Uwielbiam odchodzącą w cień kulturę wielonarodową, w której splatały się różne wątki i klimaty. Słuchacze zauważyli, że w moich piosenkach często pojawia się Odessa, która zawsze była miastem wielonarodowym. Stamtąd pochodzili wybitni pisarze, malarze, muzycy, satyrycy. Nie przypadkiem 1 kwietnia organizowano w Odessie specjalny dzień satyry. Mój znajomy z Odessy stwierdził ostatnio, że od jutra przestaje mówić po rosyjsku, aby nie być wyzwolonym przez wszechwładnego Putina.

- Czy śpiewając sentymentalne, nastrojowe utwory pragnie pan powiedzieć o czymś szczególnym?
– Próbuję przekazywać ludziom to, czego chcą. A oni oczekują ode mnie kultywowania i przybliżania tej części kultury, która ginie pod wpływem zachodniej kultury masowej. Przypominam słuchaczom lub pomagam im odkryć tę część kultury, która była wspólna dla Polaków, Rosjan, Żydów, Ukraińców, Białorusinów. Staram się odkurzać dawne pieśni i wykonywać je w nowej interpretacji. Wydaje mi się, że jest to moja skromna misja.

- Jaka tematyka wydaje się panu najbliższa?
– Bliskie są mi wszystkie problemy ogólnoludzkie, którymi człowiek żył kiedyś i żyje teraz. Śpiewam o miłości, zdradzie, cierpieniu, radości, o wszystkim, co stanowi nasz świat. A świat duszy się nie zmienia. Człowiek zawsze pozostaje człowiekiem, pomimo rozwoju cywilizacji i technologii. Tak samo czuje i odczuwa ból jak pięćdziesiąt czy sto lat temu. To wszystko znalazło odzwierciedlenie w muzyce, w pięknych piosenkach, których nie można zapomnieć.

- Słuchając pańskich rzewnych utworów nasuwa się skojarzenie ze słowiańską duszą. Ile w tym prawdy, ile mitu?
- Słowiańska dusza jest legendą. Nie ma realnie czegoś takiego. Kiedyś, na jakimś spotkaniu zapytano mnie o jej istotę. Odpowiedziałem, że słowiańska dusza cechuje człowieka, który wszystkie racjonalne decyzje podejmuje, kiedy już wyczerpał wszystkie irracjonalne możliwości.

- Ludzie kojarzą pana z Krakowem, choć urodził się pan na Kaukazie. Co sprawiło, że osiadł pan w grodzie Kraka?
- Przyjechałem tutaj na studia polonistyczne dzięki stypendium z Radia Moskwa. Po uzyskaniu dyplomu miałem wrócić do Rosji. Nauka języka polskiego okazała się przygodą mego życia. Zapewne nie zaproponowano by mi asystentury na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdybym miał marne oceny. Nie zastanawiałem się długo. Pozostałem w Krakowie jako pracownik Instytutu Filologii Wschodniosłowiańskiej UJ. Ożeniłem się z Polką i uzyskałem polskie obywatelstwo. Status homo sovieticusa zamieniłem na Europejczyka z polskim paszportem.

- Co zawiodło pana do Piwnicy Pod Baranami?
- Zainteresowanie muzyką. W Moskwie ukończyłem liceum muzyczne. W Krakowie powróciła dawna namiętność, więc wybrałem się do kabaretu z gitarą. Przyjęto mnie tam ciepło. Początkowo traktowałem występy jako relaks po pracy na uczelni. Kiedy otrzymałem pierwsze honorarium, wsiąkłem w estradę na dobre. Dziś dzielę czas na dwie pasje. 

- Podobno traktuje pan swoje występy bardzo serio.
- Pochodzę z artystycznej stajni Piotra Skrzyneckiego, który twierdził, że najważniejszym elementem udanego koncertu jest publiczność. Należy nawiązać z nią bliski kontakt, aby spotkanie miało charakter wyjątkowy. Dlatego w trakcie występów jestem tak skoncentrowany na tym, co robię. Kiedy wykonawca jest natchniony, zapomina o zmęczeniu, bólu głowy albo głodzie. Liczy się tylko scena i publiczność. Mam to szczęście, że gdziekolwiek się pojawię, przyjmują mnie burzą oklasków.

- Nie brakuje panu gorących zwolenników. Jakie ma pan wrażenie, gdy oblegają pana tłumy proszące o autograf? Czy sława głaszcze pańskie ego?
- Nie jestem osobnikiem żądnym rozgłosu i nie dążyłem do sławy. Bardziej imponuje mi wiedza i z niej jestem rad. Sporo czasu i energii poświęcam na doskonalenie intelektu. Rozrywka, choć przyjemna, stanowi działalność uboczną. Wprawdzie nie czuję się gwiazdą, ale nie mam nic, przeciwko, gdy ludzie mnie tak nazywają.

- Jak udaje się panu godzić zainteresowania naukowe z licznymi wyjazdami?
- Coraz trudniej. Nigdy nie zwykłem uskarżać się na niewygody, ale łapię się na tym, że chronicznie brakuje mi czasu. Kiedyś próbowałem pisać w czasie podróży. Teraz nie mam tylu sił. Z braku czasu nauczyłem się pracować efektywnie. Nie pozoruję roboty. Rozprawy naukowe łączę z pisaniem felietonów.

- Nazwał się pan kiedyś scenicznym błaznem. Czy to nie zbyt surowe określenie?
- Nie robię niczego wielkiego, uprawiając od lat komizm sceniczny. Podobnie jak inni głośni trefnisie potrafię krytycznie patrzeć na świat i dostrzegać paradoksy. Jako sceniczny błazen umiem śmiać się z siebie i innych. Nie jestem zamkniętym w sobie demagogiem. Chętnie kolekcjonują zasłyszane tu i ówdzie pomysły, zabawne powiedzonka, dowcipy. Chętnie wykorzystuję je później na estradzie. Mój recital to w części przenośne biuro rzeczy znalezionych lub zasłyszanych. 

- Od wielu lat czuje się pan związany z kabaretem i szeroko pojętą satyrą. Czy przez dekady zmieniło się poczucie humoru Polaków?
- Nie. Zmieniła się rzeczywistość, z której się śmiejemy. Gdy ona się zmienia, to i śmiech jest inny. Na szczęście żyjemy w czasach szczęśliwych. Od siedemdziesięciu lat na tym terenie nie było wojen. Nie ma, więc miejsca na zupełnie tragiczny humor. Polityczny humor istniał zawsze, ale w czasach realnego socjalizmu było więcej. Kabaret na tym bazował. Teraz twórcy poszukują zabawnych elementów w codziennym życiu każdego z nas.

- Ma pan w repertuarze piosenki rubaszne i duszoszczipatielne romanse. Jaka muzyka jest panu najbliższa?
- Lubię każdy rodzaj muzyki, byle był dobry. Kiedyś byłem namiętnym słuchaczem jazzu. Przez czterdzieści lat obcowania ze sceną udało mi się stworzyć dość specyficzny styl. Jest on połączeniem folkloru cygańskiego i żydowskiego ze swingiem. Ja najczęściej bazuję na folku. Zajmuję się kulturą ludową – rosyjskich Cyganów, romansami ze wschodu.

- Największy pański sukces to...
- Cudowna rodzina. Żona jest psychoterapeutką pomagającą ludziom leczyć strapione dusze. Mamy dwóch udanych synów - Igora i Pawła. Zadowolenie z udanej rodziny pozwoliło mi zbudować fantastyczny dom z ogrodem w Bolechowicach pod Krakowem. Żyję na wsi, z dala od miejskiego zgiełku. W domowym zaciszu dużo czytam, piszę, słucham, adaptuję, tłumaczę. Potem jadę 18 kilometrów do Piwnicy Pod Baranami, gdzie otacza mnie tłum ludzi. To miłe, ale po dłuższym czasie męczące. Na szczęście mam gdzie wracać.

- Jak pańskie sukcesy przyjmują najbliżsi?
- Żona nie ma ze mną łatwego życia. Wolałaby mnie widzieć w domu, który jest jej królestwem. Oczywiście, darzy mnie uczuciem i życzy powodzenia, choć ceni, podobnie jak ja, inne wartości niż pieniądze. W moim odczuciu kariera jest ułudą.

- Czy pańscy synowie próbowali naśladować tatę i parać się estradą?
- Starszy próbuje grać (ponoć z niezłym skutkiem) daleką mi, bardzo głośną muzykę heavy metal. Nie rozumiem tego, ale nie przeszkadzam.

- Czy przy tylu zajęciach zawodowych ma pan jeszcze czas na hobby?
- Miałem kiedyś dwie pasje – sport i ogrodnictwo. Teraz została już ta druga. Mam 35 arów działki, na której z rozkoszą uprawiam kwiaty, warzywa i winorośl. Z dojrzałych owoców próbowałem sam produkować wino, ale to zajęcie pracochłonne i nieopłacalne. Zresztą mam niewielkie potrzeby. Jestem bodajże jedynym Rosjaninem, który nie pije wódki. Wolę dobre wino lub whisky w niedużych ilościach.

- Od dwudziestu dwóch lat ma pan polskie obywatelstwo. Tęskni pan czasem za Rosją?
 - Coraz mniej. Już ponad 15 lat nie byłem w Rosji i wcale nie chce mi się tam jechać. Nie miałbym tam co robić. Ojczyzna jest tam, gdzie człowiek jest potrzebny, a nie tam, gdzie się urodził. Rosjanie myślący nadal kategoriami biurokratyczno-feudalnymi uważają mnie za zdrajcę. W ich mniemaniu Rosjanin z pochodzenia powinien fizycznie i emocjonalnie należeć do państwa zależnego od prezydenta wszech Rosji. Ja zaś nie chcę od nikogo zależeć. Współczuję zastraszonemu narodowi, który zawsze podporządkowywał się silniejszemu.
W autokratycznej Rosji irytują mnie chamskie stosunki międzyludzkie i niczym nieuzasadniona buta. Są chwile, kiedy wstydzę się za to wszystko, co Rosja zrobiła w przeszłości i robi dalej, ot choćby we wschodniej Ukrainie. Próbuje się tam restaurować Związek Radziecki nr 2. Obywatelstwo otrzymane  w 1993 r. nic nie zmieniło. Od dawna czułem się Polakiem. Moja polskość objawia się w radości, że duchowo ten naród nigdy nie dał się zniewolić. Pamiętam moment, kiedy w Krakowie odwiedziła mnie mama. Była zdumiona, że ludzie rozmawiają ze sobą grzecznie i życzliwie, a nie z pozycji siły. W Moskwie, co powie lub pomyśli Putin jest święte.

- Jak to się dzieje, że tak łatwo nawiązuje pan kontakt z widownią?
- Prawdopodobnie dlatego, że kocham ludzi i lgnę do nich. Nie chcę eksponować na scenie swojej osoby, ale przekazywać słuchaczom coś ciekawego i pięknego. Jestem tak zapamiętały w tym, co robię, ze nie mierzę czasu. W Krakowie moje recitale są bardzo długie. Często improwizuję. Zależy mi bardzo, aby publiczność nie czuła się znużona.
KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.