POZYTYWNIE ZAKRĘCONY: Wiejski guru (FOTO)
Autor: Istvan GRABOWSKI
Data publikacji: 18.02.2017, 15.33
Fot. autor
Trudno znaleźć w gminie Łomazy podobnego oryginała, który przez ponad czterdzieści lat byłby wierny jednej pasji. Zamiast zmówić się ze znajomymi na kieliszek czegoś mocniejszego, Kazimierz Kusznierów woli siedzieć w domu i pisać do późnych godzin nocnych. W dzień nie stać go na taki luksus.
Pracuje w polu, gdzie musi obrobić kilkanaście hektarów. Do klubu kultury wpada wieczorem, kiedy pod drzwiami ustawia się gromadka chętnych. Ludzie podziwiają go za świetne zorganizowanie, nietypowe pomysły i wiarę w ich powodzenie. Optymizmu mu nigdy nie brakowało.

Kazimierza znają nie tylko w rodzinnej Lubence, gdzie uchodzi za miejscowego guru. Zna się na wszystkim, a najwięcej na wiejskiej kulturze. Można powiedzieć, że zjadł na niej zęby. 33 lata temu otworzył w budynku zamkniętej szkoły punkt biblioteczny, a sześć lat później klub kultury. Na początku była to placówka podległa Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa-Książka- Ruch”. W latach 90. przemianowano ją na Wiejski Dom Kultury, a obecnie pełni rolę filii Gminnego Ośrodka Kultury w Łomazach. Żadna wieś powiecie bialskim nie może pochwalić się tyloma osiągnięciami, co Lubenka. Bez inicjatywy Kazimierza nie byłoby Herodów, z którymi miejscowa młodzież objechała połowę Polski, widowisk obrzędowych nagradzanych m.in. na Sejmiku Wsi Polskiej w Tarnogrodzie, ani wielopokoleniowego zespołu Czeladońka. Wielokrotnie wystawiał on cieszące się rozgłosem: Sobótki, Zielony Gaik, Wereję i Obchód Pól. Kazimierz sam pisze scenariusze, które potem są częściowo improwizowane.

Od kilku lat miejscowy społecznik pracuje przy tworzeniu plenerowego amfiteatru. Kiedy wieś dostała grant z fundacji polsko-amerykańskiej, ludzie deklarowali pomoc przy budowie sceny i chat do mini-skansenu. Zapał szybko jednak opadł i na Glinkach, gdzie powstaje amfiteatr, spotkać można głównie Kazimierza w towarzystwie kobiet. Tylko one czują respekt przed guru i chętnie mu pomagają. Wspólnymi wysiłkami stanęło kilka chat krytych strzechą, dworek dla gości, wiatrak, dwie fosy wodne z wysepkami, domek Czarownicy oraz scena umożliwiająca organizowanie koncertów i spektakli. Każdego roku amfiteatr tętni życiem, a Kazimierz gra w nim pierwsze skrzypce. Jest organizatorem, reżyserem, scenografem i aktorem.

Kusznierów wychował się w licznej rodzinie. Z siedmiorga rodzeństwa tylko on pozostał na ojcowiźnie. Reszta wybrała życie w mieście. Rodzinie nie była zamożna, ale uzdolniona artystycznie. Zawdzięczała to matce, która jeszcze w okresie międzywojennym ubiegłego wieku udzielała się w Kole Gospodyń Wiejskich. Śpiewała i pisała scenariusze programów miejscowego teatrzyku. Wystawiał on głównie komedie w Lubence i okolicznych wsiach. Pod okiem matki debiutował Kazimierz, który odnalazł się w Związku Młodzieży Wiejskiej. Za pamiętnik napisany w konkursie „Mój zawód najlepszy” wygrał drugi we wsi telewizor. Artystyczne pasje rozwinął na początku lat 70. z chwilą otwarcia klubu Ruchu. Zapraszał do niego znanych piosenkarzy i aktorów, organizował widowiska obrzędowe  i konkursy czytelnicze, jeździł do Gardzienic na wykłady Uniwersytetu Ludowego.

Gdy na klub z Lubenki spłynął deszcz nagród m.in. Złoty Laur, nagroda kulturalna ZMW im. Jędrzeja Cierniaka, tytuł Złotego Klubu RSW Prasa- Książka- Ruch i kilka medali, Kazimierz dał upust ambicjom teatralnym. Udało mu się reaktywować widowisko obrzędowe Herody, wystawiane we wsi od 1922 r. Dialogi i postacie odtworzył na podstawie przekazów najstarszych mieszkańców, a część sam dopisał. Z Herodami zespół jeździł na liczne festiwale i przeglądy, organizowane w Płocku, Warszawie, Tarnogrodzie, Łomży, Krasnymstawie i Lublinie. Wszędzie robił furorę. Z biegiem lat zmieniali się aktorzy, a angażował ich niezmiennie ten sam człowiek. Po Herodach stworzył Czeladońkę. Skupia ona blisko 60 osób w różnym wieku (kilkuletnie dzieci, ich rodziców i dziadków). Zespół wystawia baśnie, legendy, spektakle historyczne, śpiewa w języku wschodniego pogranicza, zwanym chachłackim.

Życie nauczyło Kazimierza ostrożności. Nie zabiegał nigdy o zaszczyty, choć przyznano mu ich wiele, łącznie ze Złotym Krzyżem Zasługi. Wszystkie nagrody pieniężne, jakich nie szczędzą mu: wójt, starosta bialski, wojewoda lubelski czy marszałek województwa lubelskiego, przeznacza konsekwentnie na tworzenie amfiteatru. Marzy mu się, aby pozostał on trwałym śladem dla potomnych.

KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.