ROZMOWA BIALA24: Początki były trudne
Autor: Klaudia Chmiel
Data publikacji: 23.09.2017, 04.17
fot. Michał Laudy, archiwum
O początkach pracy w radzie powiatu, współpracy i sporach, o problemie jakim jest ASF oraz o Puszczy Białowieskiej rozmawiamy z Mariuszem Kiczyńskim, przewodniczącym rady oraz leśnikiem.
Od 1,5 roku jest Pan przewodniczącym rady powiatu. Z jakimi sprawami pan się zmagał przez ten czas? Co było trudnego, a co ciekawego?

Jak w każdej pracy, trudny był początek. Pomimo tego, że dawniej byłem przewodniczącym rady gminy Tuczna, to jednak tutaj było to wejście na szerszy ocean, na głębsze wody. Chciałem, ale obawiałem się. Najgorsze były dwie pierwsze sesje. Wiele się zmieniło. Zmienił się starosta, zarząd, współpraca w samej radzie. Do współpracy większość rady, którą ma PSL zaprosiła jednak kolegów z PiSu. Nie wiedzieliśmy jak to wszystko zagra. Po drugiej, trzeciej sesji, po komisjach zobaczyliśmy, że wreszcie możemy rozmawiać.

Byłem radnym poprzedniej kadencji, świadkiem wielu kłótni. To były kłótnie ideologiczne. Teraz, jeśli dochodzi sporów, są one bardziej merytoryczne. Przez 1,5 roku było trochę nauki, poznawania ludzi, a teraz po prostu praca.

Jak wygląda współpraca z byłym starostą Tadeuszem Łazowskim?

Można powiedzieć, że były starosta wycofał się. Być może sprawy osobiste albo obraził się na kolegów radnych z PSL. Być może jakieś inne powody. Jako radni mieliśmy prawo go nominować, tak samo przysługiwało nam prawo cofnięcia tej nominacji. Radny Łazowski jest teraz mało aktywny. Nie wiem skąd to wynika – może zbiera pomysły, na razie jest w cieniu.

Jak przyjęli odwołanie z funkcji pana Łazowskiego koledzy partyjni? Wiadomo, że nie była to jednogłośna decyzja. Jest już lżej, czy dalej ten spór wewnętrzny się nasila z powodu odwołania? Podobno pan Łazowski został odwołany, choć nikt z nim nie porozmawiał.

Jako członek prezydium zarządu powiatowego PSL wiem, że rozmowy były już dużo wcześniej. Jednak pan Łazowski nie chciał słuchać naszych argumentów, nie traktował nas poważnie. Pierwszy raz taka sytuacja miała miejsce po wyborach, gdy wraz z kolegami mówiliśmy mu, że być może potrzebne są zmiany w zarządzie.

Czy dobrze wpłynęła ta zmiana?

Uważam, że dobrze. Zmieniła się sama współpraca w radzie. Więcej ludzi dopuściliśmy z pomysłami do realizacji.

Wiele osób zarzuca, że ze względu na to, że starosta i wicestarosta są z okolic Międzyrzeca, teraz tam się najwięcej buduje.

Wydawałoby się, że tak. Międzyrzec jest bardzo ważnym miastem w powiecie. Jest tam nasz jedyny szpital powiatowy. Ludzie mówią mi, że więcej tam się dzieje. Projekty są rozpisane. Teraz powiat realizuje projekt transgraniczny między Tuczną a Sławatyczami, o który walczy powiat, starosta i radni. Jest już podpisana umowa, przed nami ostatni etap.

Dla miasta Międzyrzec niektóre projekty się nie powiodły, np. szpitalny. Ale fakt faktem, jest tam wiele szkół powiatowych i szpital. Jest to inny ośrodek. Ciężko budować np. drogę dla kilku rodzin, gdzie coś można zrobić dla paru tysięcy. To czasami boli, bo wiadomo, że chciałoby się zrobić coś w swoim okręgu. Gdy się wchodzi do rady powiatu, trzeba ze swoim lokalnym patriotyzmem nieco zwolnić. Niełatwo się rozmawia z radnymi z okręgu z gminy i miasta Międzyrzec, bo ich jest wielu z nowego regionu. Mają duże przełożenie w ilości rady. To wpływa na to, że ich argumentacja jest mocniejsza.

Czy musieliście z czegoś zrezygnować gdy weszliście w koalicję z Prawem i Sprawiedliwością? Były jakieś spory?

Spory zawsze były i będą, nawet gdy rządziliśmy bez PiS-u. Jednak dla mnie osobiście, zauważalnym jest sprawa ASF. Gdy były protesty, koledzy z PiS nas i starostę ganili. Twierdzili, że nie jest sprawa powiatu i rady. Według nich niepotrzebnie starosta odwiedział rolników, którzy byli pozostawieni sami sobie. Prawda jest taka, że rząd ich po prostu zostawił. Dziwie się, bo PiS wygrał na wschodzie, a z tym problemem rolników zostawił samych. Na blokady nie przyjeżdżał żaden przedstawiciel ministerstwa czy wojewody. Tutaj bardzo się różniliśmy. Gdy chodziło o przegłosowanie wspólnego stanowiska z wystąpieniem do pani premier, tarcia na komisjach były straszne. Tu czuliśmy wielką blokadę. Trzeba było schować pod dywan interesy partii, a zająć się problemami ludzi. Do dzisiaj to trwa. Rząd w dalszym ciągu nie interesuje się sprawami rolników. Rolnicy przychodzą do starosty, chcą poparcia powiatu i widzą je tylko tutaj.

Dziwne jest, że padają małe gospodarstwa - do kilkuset sztuk. Te wielkie, kilkutysięczne, nie - te, które mają podpisane umowy z odbiorcami zagranicznymi. Nie chce mi się wierzyć, żę ASF nie przenika wszędzie. Przyroda nie zna żadnych barier i zamkniętych hodowli.

Czy dziki trzeba było wystrzelać?

Trzeba było posłuchać fachowców - weterynarzy. W gospodarstwach, gdzie obory są pozamykane, łatwo było zadziałać. W przyrodzie dzik jest wolny. Ma do dyspozycji lasy, pola, łąki, rzeki, luźną granicę. Tak na prawdę nie wiadomo, gdzie ten ASF się pojawił pierwszy, czy u nas, czy za granicą. Ciężko o tym dyskutować.

Życie pokazało, że chyba trzeba było. To, czego nie zredukował człowiek, zredukowała sama przyroda. Jestem pracownikiem Nadleśnictwa Chotyłów i zastępcą nadleśniczego, więc o tych sprawach wiem dużo. Na terenie tego nadleśnictwa u dziesiątek dzików padniętych w lesie, po badaniu stwierdzono, że były zarażone ASF.

Nadal takie dziki znajdujecie?

Tak, co miesiąc przeszukujemy większe obszary lasów. W tamtym miesiącu znaleźliśmy kilka zarażonych dzików. Najwięcej znajdowaliśmy zimą i wiosną. Tygodniowo, było to kilkanaście sztuk, wszystkie z ASF. Większość była przy rowach, wodopojach i bagnach. ASF działa w ten sposób, że powoduje gorączkę. Zwierzęta instynktownie idą się schłodzić do wody. Te widoki były przerażające. Koledzy widzieli lochy, które nie żyły, i małe, które poumierały z głodu. Dla dzikożyjących zwierząt nie ma lekrstwa na ASF. Przyroda nie zna próżni i z czasem dziki wrócą.

Jest pan członkiem PSL i leśnikiem. Jakie ma pan podejście do sytuacji w Puszczy Białowieskiej? Trzeba ją wyciąć?

Żeby o czymś rozmawiać, trzeba mieć wiedzę. Bardzo irytuje mnie, że wiele osób zabiera głos w tej sprawie, nie mając "zielonego pojęcia". Chcę tu jednoznacznie powiedzieć, i chciałbym, aby mnie zrozumiano, że aby wypowiadać się o przyrodzie, trzeba posiadać elementarną wiedzę.

Wiemy, że lasom gospodarczym, bo o takich mówimy w Puszczy, człowiek raz nadał bieg i z nazwy "gospodarczy" człowiek nimi gospodarzy. W Puszczy część jest wyłączona w ogóle z gospodarowania, objęta Parkiem Narodowym, jest ścisłym rezerwatem, gdzie umówiono się przed laty, że tam nie wchodzimy, to zostawiamy naturalnie w przyrodzie. 

W latach międzywojennych była ona cięta masowo, bo Polska po I Wojnie Światowej, gdy odzyskaliśmy niepodległość, potrzebowała pieniędzy na rozwój gospodarki. Miliony metrów sześciennych zostały przez Polskę sprzedane, by te pieniądze wpompować w naszą gospodarkę, na budowę szkół, posterunków policji i ochronę granic. Wtedy gospodarcza część Puszczy była wycięta masowo przez firmę angielską. Rząd wtedy podjął taką decyzję. Po tamtych czasach wszystko się zabliźniło.

Przyszedł taki moment, że Puszcza została zaatakowana niestandardowo. Degradacja przez kornika wymknęła się spod kontroli. Lasy gospodarcze mają to do siebie, że służą człowiekowi w jakimś przedziale czasowym. Średnio dla polskich drzewostanów jest to 100 lat, w zależności od gatunku. Zdarzył się kataklizm niestandardowy, więc trzeba niestandardowo zadziałać. Tutaj pomimo różnic mentalnych z ministrem Szyszko, patrzę na niego jako na fachowca i leśnika, na kogoś kto wykształcił pokolenia leśników, i którego też kształcili jacyś leśnicy. Popieram jego działania. Uważam, że bardzo dobrze robi, jako fachowiec.

Trzeba się przyznać do błędu, że poprzednia koalicja, kiedy poprzedni minister miał nadzór nad lasami, działał nieco opieszale. Być może nie wiedzieli, że będzie to aż taki problem. My pamiętamy, że mówiono o kilkudziesięciu drzewach, gdzie się pojawił kornik. Przyszedł czas, że było ich tysiące. Pojechaliśmy tam jako pracownicy Nadleśnictwa Chotyłów i zobaczyliśmy to przed dwoma laty na własne oczy. Poczuliśmy się bardzo źle, jak na cmentarzysku.

Łatwo jest protestować ekologom, kiedy za nic nie odpowiadają, kiedy nie mają żadnej wiedzy. Mają jedynie zdanie, że Puszczę trzeba zachować. Tak, ale trzeba również niestandardowo ją leczyć. Jednym z elementów jest wycinka, palenie kory z larwami kornika i czekanie.

Zmiany w Chotyłowie. Kiedy będzie nowy nadleśniczy?

Wiem, że pani nadleśniczy Janina Giermas osiągnęła już wiek emerytalny. To jest sprawa pana dyrektora Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie. To on jednoosobowo podejmuje decyzje.
KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.