ROZMOWA BIALA24: Spełnienie kolorowych snów
Autor: Istvan GRABOWSKI
Data publikacji: 11.02.2017, 09.13
fot. archiwum zespołu
Z Radkiem Liszewskim, liderem popularnej grupy disco polo Weekend rozmawia Istvan Grabowski
Jakie to wrażenie być w centrum uwagi mediów, reflektorów i telewizyjnych kamer?
- Zależy, kto na to patrzy. Mnie od dziecka marzyła się scena, więc obecną popularność traktuję jako spełnienie wcześniejszych nadziei. Przez całe lata muzyka towarzyszyła mi w codziennym życiu i czuję się szczęśliwy, że spełniają się marzenia. Mam to szczęście, że kocham, co robię i robię, co kocham. Nie wyobrażam siebie w innej roli.

Odpowiada panu rola absolutnego idola tanecznych parkietów?
- Cieszy mnie to szalenie, choć mam świadomość, że nie da się stale utrzymywać na szczycie. Kiedyś zachwyt może dobiec końca, ale pozostanie nazwa i dobra marka, do której przyzwyczailiśmy słuchaczy. Jako Weekend koncertujemy od 15 lat. Wylansowaliśmy wiele szlagierów, ale dopiero piosenka „Ona tańczy dla mnie” wyniosła nas nieprawdopodobnie wysoko. Gdy po raz pierwszy usłyszeli ją moi znajomi, nie byli pewni, czy doczeka się uznania fanów. Jednak w dwa miesiące później ich sceptycyzm okazał się bezzasadny. Piosenka zrobiła oszałamiającą furorę i nadal wzbudza duże emocje. Chciałbym, aby tak znakomita passa towarzyszyła nam jak najdłużej. Naszej grupie przypadła rola wyznaczania nowych trendów w polskiej muzyce tanecznej. Zdecydowanie wolę tworzyć coś nowego, niż kopiować wielkich artystów.

Weekend, jako fenomen muzyczno- socjologiczny, był bohaterem licznych programów telewizyjnych i publikacji prasowych. Czy wszędzie traktowano pana
z powagą należną artyście, czy może zdobywano się też na drobne uszczypliwości?
- Ludzie różnie reagują na mój widok. Najczęściej uśmiechają się przyjaźnie, niektórzy płaczą, a jeszcze inni proszą o pozowanie do wspólnego zdjęcia. Byłem już gościem niemal wszystkich programów telewizyjnych i radiowych. Występowałem w wielu publikacjach prasowych. Mam wrażenie, że zapraszano mnie z zamiarem poznania człowieka, któremu się udało, a nie dla żartu. Przy okazji prezentacji mego szlagieru padło wiele uprzedzeń i stereotypów. Nie musiałem pukać do wielu drzwi. One prawie automatycznie się przede mną otwarły.

Grubo ponad sto pięćdziesiąt milionów odtworzeń teledysku „Ona tańczy dla mnie” na YouTube to niekwestionowany sukces Weekendu. Spodziewał się pan, że ta piosenka zrobi tak niebywałą karierę?
- Absolutnie nie spodziewałem się. Każdy autor marzy o stworzeniu utworu, który zaskoczy i wyniesie go wysoko. Nie podejrzewałem jednak, że sukces „Ona tańczy dla mnie” będzie tak porażający. Weekend jak pierwszy polski zespół znalazł się na Top 100 kanału YouTube. Nie udało się to wcześniej żadnemu polskiemu wykonawcy. Uplasowaliśmy się na 17 miejscu popularności w świecie, wyprzedzając takich wykonawców jak: Madonna, Beyonce, Pitbul i Justin Bieber. Zdawało mi się, że to kolorowy sen i nie chciałem się z niego budzić. Sukcesu gratulował mi lider Lady Pank Jan Borysewicz. Choć nie słucha muzyki disco polo, wyraził szczery podziw dla fenomenu „Ona tańczy dla mnie”.

Pański szlagier doczekał się licznych wersji i remixów, także metalowych. To chyba duże zaskoczenie?
- Ogromne i to mnie bardzo kręci. Zdumieniem były dla mnie dwa filmiki przesłane mi przez fanów. Na jednym z nich moją piosenkę śpiewał Jerzy Urban.

A propos mocnego grania. Podobno pańska przygoda z muzyką zaczęła się od stanowczo rockowego brzmienia. Co sprawiło, że zamienił ją pan na muzykę taneczną?
- W młodości pasjonowałem się grą na perkusji. Utworzyliśmy nawet z kolegami amatorski zespół grywający w domu kultury. Pewnego razu zwróciła się do mnie grupa grająca imprezy okolicznościowe. Jej wokalista wyjechał niespodziewanie za granicę i muzycy potrzebowali zastępstwa. Po jednym koncercie przyszły następne i ta współpraca trwała ponad dwa lata. Szło mi całkiem dobrze, więc pomyślałem czy nie warto pracować na własne konto. W 1997 roku wymyśliłem grupę Weekend, która ma się doskonale.

Ma pan szczególne powody do satysfakcji, bo sam jest kompozytorem, tekściarze i aranżerem. Jak na pańskie powodzenie zareagowali znajomi z Sejn?
- Dla znajomych pozostanę na zawsze Radkiem z ich ulicy. Ludzie z Sejn postrzegają mnie jako kolegę, a nie popularnego wykonawcę.

Sejny to niespełna 6-tysięczne miasteczko. Czy zna tam pan wielu ludzi?
- Prawie wszystkich. Jeśli nie osobiście, to na pewno z widzenia. Gdziekolwiek się pokażę, witają mnie z dużą życzliwością i sympatią. Bez względu na to, co mnie jeszcze czeka, zawsze pozostanę jednym z nich.

Weekend istnieje kilkanaście at. Jak wiodło się wam do tej pory?
- Od dawna byliśmy mocno zakorzenieni w nurcie disco polo. Doczekaliśmy się licznych przebojów. Przełom nastąpił dopiero przed trzema laty. Z chwilą opublikowania „Ona tańczy dla mnie” staliśmy się znani i rozpoznawalni na równi z Lady Pank, Perfectem czy grupą Enej. Ludzie, którzy nawet słuchają innej, niż nasza muzyki, kojarzą zespół z tą piosenką.

Wydał pan wiele płyt. Który z utworów, poza „Ona tańczy dla mnie”, wydaje się panu szczególnie bliski?
- „Spowiedź” z czwartej płyty, którą napisałem w dedykacji żonie. W 2003 r. nagrałem piękny utwór „Za miłość mą”. Zapewnił nam on spory rozgłos, a niektórzy fani umieścili go w swoich telefonach komórkowych. Za sprawą nagranej w 2006 r. piosenki „Tera mnie to wali, bo jestem na fali” zaistnieliśmy w telewizyjnym programie Szymon Majewski Show. Przed nami nie grał w nim żaden wykonawca disco polo.

Co powstaje wcześniej muzyka czy tekst?
- To nie ma znaczenia. Inspiracją do napisania piosenki może być fragment sampla, albo tekst wymyślony na poczekaniu. Piosenkę „Ja chodzę z nią” zapisywałem
w telefonie komórkowym, siedząc w samochodzie. Z kolei „Za miłość mą” wymyśliłem podczas kolacji. „Ona tańczy dla mnie” powstała niespodziewania od uderzenia w akord pianina.

Kto wspomaga pana w studiu nagrań?
- Nikt. Po prostu wszystko tworzę w pojedynkę w domowym studiu nagrań. Bywa, że spędzam w nim tygodnie. Pracuję nad kształtem i brzmieniem piosenki tak długo, aż uzyskam zadowalający efekt. Sam też piszę muzykę i układam słowa. Koncerty to moja druga pasja. Pierwsza spełnia się w studiu.

W teledyskach i po koncertach otacza pana mnóstwo urodziwych kobiet. Jaki jest pański typ pięknej kobiety?
- Ten typ nazywa się Dorota Liszewska i jest moją żoną. Urodziwa brunetka to wymarzona kobieta.

Niebywałe powodzenie, jakie teraz notujecie, dopinguje do podtrzymania zainteresowania odbiorców. Jak często koncertujecie w ostatnich miesiącach?
- Gramy często w różnych miejscach kraju, ale także za granicą. Niedawno wróciliśmy z Hamburga, ale byliśmy też w USA i Kanadzie. Niebawem czekają nas wyjazdy do Holandii, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Norwegii. Wszędzie możemy liczyć na wielki aplauz.

Wyjazdy z domu to konieczność rozstania z żoną i dwójką synów: 20-letnim Norbertem i 14-letnim Kubą. Jak przyjmują pańską nieobecność?
- Moi synowie wzrastali z muzyką i są przyzwyczajeni do mych podróży. Dla wszystkich domowników jest naturalne, że na kilka dni muszę wyjechać służbowo. Taka jest dola muzyka.

Na scenie występuje pan w towarzystwie trzech tancerzy Adama, Bernarda i Karola.  Jak wygląda wasz koncert od strony technicznej?
- Muzyka jest starannie przygotowana w studiu. Podkład instrumentalny puszczamy z płyty. Jak na prawdziwy boys band przystało, na żywo śpiewam i tańczę z kolegami.

O co najczęściej pytają pana fani?
- Czy mogą zrobić sobie ze mną fotkę? Zdążyłem przywyknąć do takich próśb.

Który z wykonawców imponuje panu pod względem artystycznym ?
-Bardzo cenię głos nieżyjących już artystów, czyli Whitney Houston i Czesława Niemena. Podoba mi się świetny głos Łukasza Zagrobelnego. Podziwiam Justina Timberlake za kapitalny ruch sceniczny. Wolę jednak tworzyć cos nowego, własnego, niż kopiować idoli.

Popularność muzyki dance nie słabnie mimo pojawiania się wciąż nowych wykonawców. Co jest przyczyną tego fenomenu?
- To nasza polska, korzenna muzyka, bliska przekonaniom i temperamentom wielu rodaków. Prosta, melodyjna i szczera trafia do serc milionów słuchaczy. Dlatego na każdym koncercie mamy tłumy fanów. Wczoraj widziałem przed sceną dwie świetnie bawiące się pięćdziesięciolatki.

Kilkanaście lat na scenie to niebagatelne doświadczenie. Jak będzie próbował pan wykorzystać osiągniętą popularność?
- Kilka lat temu wspólnie z Piotrem Cholewińskim stworzyłem firmę Fox Beat. Staramy się pomagać młodym wykonawcom, stawiającym pierwsze kroki. Aktualnie skupiamy się na artystycznych mariażach, kojarząc przedstawicieli różnych pokoleń. Udało na się już połączyć Edwarda Hulewicza z Zenonem Martyniukiem w nowej wersji „Za zdrowie pań” oraz Andrzeja Dąbrowskiego z Andrzejem Marcysiakiem w piosence „Do zakochania jeden krok” Odświeżono brzmieniowo utwory budzą zainteresowanie.

Jak widzi pan siebie za 10 lat?
- Chciałbym zajmować się sceną jak najdłużej. To moja życiowa pasja i nie widzę siebie w innej roli.
KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.