Świętowali jubileusz w rytmie bluesa
Autor: Istvan Grabowski
Data publikacji: 24.04.2017, 13.34
fot. Magdalena Żuk
Dziesięć lat temu za sprawą Bialskopodlaskiego Stowarzyszenia Jazzowego, w bialskiej auli AWF zagościł na stałe blues. Było to możliwe dzięki pomysłowości i uporowi Jarosława Michaluka, któremu gratulował na scenie patron 10. jubileuszowej edycji prezydent miasta Dariusz Stefaniuk. Życzeniom dalszych, równie udanych koncertów towarzyszył oprócz dyplomu bukiet róż.
Festiwal, wymyślony i organizowany konsekwentnie przez prezesa BSJ, jest imprezą wyjątkową. Umożliwił koncerty ponad 40 wykonawcom z Polski i zagranicy Tegoroczną odsłonę rozpoczęła grupa Elżbiety Dębskiej, aktorki i wokalistki. Jej artystyczna przeszłość miała kilka ciekawych momentów. Artystka śpiewała arie oper Verdiego, grała w filmach i teatrach, a za namową nieżyjącego od 6 lat Macieja Zembatego zajęła się twórczością balladową Leonarda Cohena. Zembaty namówił ją też do zainteresowania dokonaniami gwiazdy epoki hippisów, amerykańskiej wokalistki Janis Joplin, podsuwając jej płytę „Perła”.

- Początkowo niemożliwe wydało mi się wydanie z siebie tak ekstremalnych dźwięków, jakimi operowała Joplin, tym bardziej, że Janis nie da się imitować. Długo dojrzewałam wewnętrznie, nim zdecydowałam się zaśpiewać jej utwory. Pomogło mi zrozumienie emocjonalnych tekstów, w których gwiazda próbowała wykrzyczeć swój ból z powodu niezrozumienia i braku akceptacji – wspomina Dębska.

Na festiwalowej scenie wykonała siedem wielkich szlagierów Joplin (niektóre z polskimi tekstami). I choć starała się bardzo, jej interpretacje nie wywołały u słuchaczy takiego dreszczu emocji, jak wykonania Natalii Sikory czy Natalii Przybysz, które również przygotowały recitale oparte na dokonaniach amerykańskiej gwiazdy. Dębska wykonała też kilka utworów z dwóch wydanych dotąd krążków. Przyjęto je dość ciepło. Wokalistce towarzyszył kwartet młodych muzyków: basista Marcin Spera, gitarzysta Mateusz Kowalczyk, perkusista Konrad Karolczyk i akordeonista Mateusz Kwapień.

Druga część wieczornego koncertu przyjęta została owacjami na stojąco. Wypełnił ją fantastyczny muzyk, od czterdziestu lat poszukujący zastosowania głosu w muzyce i sposobu na wyrażanie ogromnych emocji, czyli Jorgos Skolias. Udało mu się opanować trudną technikę równoległego prowadzenia trzech głosów i sprawdzał ją w różnych konstelacjach. Nagrał aż 36 płyt z muzyką bluesową, jazzową i etniczną. Współpracował z wieloma tuzami jazzu i bluesa. Na bialskim koncercie towarzyszyli mu: śląski gitarzysta Grzegorz Kapołka oraz bialscy przyjaciele, czyli basista Jarosław Michaluk i perkusista Radek Żyła. Ich współpraca zaowocowała fantastycznym koncertem, w którym co chwilę rozbrzmiewały perełki bluesa i rocka. Mnie najbardziej przypadła do gustu niezwykła interpretacja standardu Otisa Reddinga „Siedząc w doku nad zatoką”. Kapitalnej grze dodawały smaczku niecodzienne, wręcz wypieszczone solówki gitarzysty, który czuje bluesa jak rzadko kto.

Trudno się dziwić, że publiczność wiwatowała na cześć wykonawców.
Lider śląskiej grupy Cree Sebastian Riedel, syn legendarnego lidera Dżemu wielokrotnie podkreślał, że nie przepada za festiwalami bluesowymi. Mimo to, przyjął zaproszenie de Białej Podlaskiej i dał porywający koncert.

Co prawda muzyka Cree jest dość odległa od  stylu propagowanego w nazwie festiwalu, ale nikomu to nie przeszkadzało. Niesamowicie głośny recital Sebastiana i towarzyszącej mu czwórki muzyków wypełniły utwory z trzech ostatnich płyt zespołu: Diabli nadali, Wyjdź i Heartbreaker. Riedel okazał się dużo lepszym gitarzystą niż wokalistą, choć niedostatki głosowe wcale nie były istotne w wyrazie brzmienia grupy. Była to potężna dawka ognistego rock and rolla, wykonanego z tzw. pazurem.

Nie zabrakło akcentów wspomnieniowych. Sebastian zdecydował się zaśpiewać trzy hity nieżyjącego ojca: Czerwony jak cegła, Naiwne pytania i Sen o Victorii, które przyjęte zostały gigantyczną owacją.

Po długiej, bo aż godzinnej przerwie, spowodowanej względami technicznymi, wystąpiła obecna po raz drugi w Białej Podlaskiej amerykańska gitarzystka Jennifer Batten. Ta gwiazda światowego formatu, która grała już z największymi artystami, uznana została przez czytelników pisma Guitar Player za najlepszą gitarzystkę świata. Na obecne tournee po Polsce (uwzględniające 13 koncertów) dobrała sobie miejscowych muzyków: basistę Łukasza Gorczycę, perkusistę Tomasza Dominika, klawiszowca Jarosława Małysa i wokalistę Krzysztofa Chruściela.
W tym składzie zaprezentowała iście odlotowy koncert, nie mieszczący się w żadnym ze znanych stylów.

Batten to wielka indywidualistka o niesamowicie zdolnych palcach, stosująca najróżniejsze techniki gitarowe. Jej instrument łkał delikatnie, wył, świdrował umysł niczym młot pneumatyczny i burzył spokój jak startująca rakieta kosmiczna. Jennifer zagrała kompozycje różnych autorów, mieszczące się w obszarze funky, rocka i word music. Po trzech kwadransach instrumentalnego wyścigu z czasem zaprosiła na scenę młodego Krzusztofa Chrosciela, który w secie poświęconym Michaelowi Jacksonowi zaśpiewał pięć szlagierów króla popu i na bis Superstition Steviego Wondera. Publiczność była oczarowana niecodziennymi zdolnościami mistrzyni gitary. Ma ona tak bogaty repertuar i tak niespożytą energię, ze mogłaby grać kilka godzin. Niestety, ramy festiwalowe na to nie zezwalały, a szkoda.
Tegoroczne święto bluesa można uznać za wyjątkowo udane. Następna taka okazja dopiero za rok.


ZOBACZ ZDJĘCIA Z TEGO WYDARZENIA
KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.