Szczęśliwy los na loterii: Z Felicjanem Andrzejczakiem rozmawia Istvan Grabowski
Autor: Istvan Grabowski
Data publikacji: 20.03.2017, 08.43
Istvan Grabowski
Były solista Budki Suflera ma się świetnie i stale koncertuje. Chętnie opowiada dla naszego portalu o meandrach swej kariery.

Czy czuje się pan dzieckiem szczęścia? Od ponad trzydziestu lat pozostaje pan stale na topie.

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, więc trudno o jednoznaczną odpowiedź. Natomiast byłem i jestem pozytywnie nastawiony do życia. To wielkie szczęście móc robić to, co jest mi bliskie. Nie wyobrażam siebie w innej roli. Praca nad nowymi piosenkami dodaje mi skrzydeł, a samopoczucie mam wyśmienite.

Pracował pan na scenach teatrów muzycznych Warszawy i Gdyni. Nie kusiło pana nigdy, by zamienić rodzinny Świebodzin na większe miasto?

- Kiedyś chętnie zamieniłbym mały Świebodzin na większy ośrodek, ale z różnych powodów nie było to możliwe. Do wyjazdu na stałe do warszawy namawiał mnie gorąco przyjaciel Jarosław Kukulski. Przekonywał, że trudno utrzymać się ze śpiewania, pozostając z dala od centrum. Jednak w początkach lat 80. uzyskanie meldunku w Warszawie graniczyło z cudem. Za namową życzliwego mi Lecha Terpiłowskiego podjąłem pracę w Teatrze na Targówku i to był dobry krok. Miałem stały kontakt z cenionymi kompozytorami.

Jak reagują ludzie, spotykając pana na ulicy?

- Nie wywołuję sensacji w swoim mieście. Znajomi chętnie witają mnie na ulicy, a nieznajomi nie zaczepiają. Sporadycznie bywam proszony o autograf. W Świebodzinie żyje mi się bardzo dobrze i dziś nie zamieniłbym go na inne miejsce. Jest spokojnie, a mieszkam w otoczeniu bliskich mi osób.

Ukazała się pańska dwunasta płyta solowa „Czas przypływu”, nagrana w lubelskim studium Mietka Jureckiego. I choć nie jest pan typem rockandrollowa, czuje się w tych nagraniach „budkowe klimaty”.

- To zasługa Miecia, który zawsze miał lekką rękę do pisania przebojowych melodii. Przez lata aranżował piosenki Budki Suflera i trudno by o tym zapomniał. Czuję się szczęśliwy, że mogłem z nim wydać trzy albumy.

Od kogo uczył się pan śpiewać?

-Początkowo moim idolem był Czesław Niemen. Znałem wszystkie jego piosenki i mozolnie próbowałem je naśladować. Cieszyłem się bardzo, kiedy lekko wychodziły mi górne wokalizy, które poza samym mistrzem mało kto potrafił wyciągnąć. To były jednak wyłącznie próby. Potem trzeba było wykształcić własny styl śpiewania. Brałem nawet udział w warsztatach wokalnych.

W życiu oprócz talentu trzeba mieć jeszcze fart. Panu go nie brakowało. Od początku drogi scenicznej korzystał pan z pomocy wytrawnych kompozytorów. Waldemar Parzyński, Jarosław Kukulski, Katarzyna Gaertner, Ryszard Sygitowicz, Romuald Lipko i Mieczysław Jurecki to prawdziwe tuzy polskiej rozrywki. Jak wspomina pan ich wsparcie z perspektywy życiowych doświadczeń?

- Żeby przetrwać w tej branży choćby sezon, trzeba być odpornym na ciosy, jakich z różnych stron nie brakuje. Mniej odporni wypadają z gry. Długo starałem się zdobyć sympatię i zaufanie znanych kompozytorów i autorów tekstów.  Pierwszym miłym zaskoczeniem była pozytywna reakcja solisty Novi Singers Waldemara Parzyńskiego. Bardzo podobała mu się barwa i skala mego głosu i to on zaproponował mi wykonanie piosenki „Peron łez”. To był mój pierwszy przebój, śpiewany z powodzeniem na festiwalu w Opolu. Wiele dobrego zawdzięczam Jarkowi Kukulskiemu. Co prawda nigdy nie byłem pupilem mediów, a jednak udało mi się przetrwać z powodzeniem ponad 30 lat.

Fani kojarzą pana głównie z piosenką „Jolka Jolka

pamiętasz”. Śpiewa ją pan niezmiennie od lat i zawsze spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem. Gdzie tkwi sekret owego mega-sukcesu?

- Powiem krótko. To był szczęśliwy los na loterii, jaki udało mi się trafić. Nagraliśmy „Jolkę” w studiu Polskiego Radia w Poznaniu. Czasy stanu wojennego nie były lekkie. Kupowało się na kartki, a Marek Dutkiewicz idealnie oddał w tekście tamtą beznadzieję. Połączenie tekstu z chwytliwą melodią Romka Lipko trafiło do przekonania tysięcy słuchaczy. Zaśpiewałem z uczuciem zrezygnowanego faceta po przejściach, próbującego coś z siebie wyłkać. Myślę, ze wszystkie te elementy złożyły się na sukces „Jolki”. Do dzisiaj publiczność podrywa się z miejsc, by śpiewać razem ze mną.

Z Budką Suflera, w której zastąpił pan Romka Czystawa, udało się wydać na krążkach zaledwie pięć piosenek: „Jolkę”, „Czas ołowiu”, „Noc komety”, „Krajobraz po rewolucji” i Piąty bieg”, a mimo to publiczność kojarzy Pańskie nazwisko właśnie z tą formacją. Czy to efekt częstych koncertów w roli „dyżurnego gościa”?

- Ludzie kojarzą mnie głównie z tym wielkim szlagierem. Po rozstaniu z Budka w 1983 r. nie występowaliśmy kilka lat razem, a i tak wszyscy łączyli mnie z tym zespołem. Dochodziło do zabawnych sytuacji, kiedy na YouTube pojawiały się moje solowe piosenki, ludzie z uporem podpisywali je Felicjan Andrzejczak i Budka Suflera.

Dlaczego nie doszło do wydania płyty nagranej, w 1983 r. z pańskim udziałem? Ponoć materiał był już kompletny.

- Nie znam przyczyn i nigdy nie pytałem o to liderów Budki. Teraz żałuję, bo włożyliśmy w to przedsięwzięcie sporo pracy. Płyta została zrealizowana w warszawskim studiu Polskich Nagrań przy ul. Długiej i słuch o niej zaginął. Niektóre utwory pojawiły się potem w interpretacji Krzyśka Cugowskiego na płycie „Czas czekania, czas olśnienia”. W tym czasie pochłonięty byłem całkiem inną muzyką..

Miał pan możliwość występu z muzykami Budki w nowojorskiej Carnegie Hall. Jakie wrażenia miał pan to tym koncercie?

- To było wielkie przeżycie emocjonalne. Kiedy zobaczyłem tłum stojących i śpiewających ze mną fanów, poczułem uścisk w gardle. Nie często przecież zdarza się koncertować na deskach nowojorskiej „świątyni sztuki”.

Podobno ma an liczne grono sympatyków w Stanach Zjednoczonych. Jak często udaje się panu ich odwiedzać?

W USA byłem wielokrotnie i lubię tam śpiewać, głównie z powodu atmosfery. Zapraszano mnie na koncerty z powodu piosenki „Zapach kobiety”, która w Ameryce zrobiła furorę i dziś jest bardziej znana niż w Polsce.

Występy z lubelskim zespołem to zaledwie skromna część pańskiej działalności estradowo-nagraniowej, rozpoczętej udanie na festiwalu w Opolu od „Peronu łez”. Jaki gatunek muzyki wydaje się panu najbliższy?

- Jestem zdeklarowanym romantykiem. Najbliżej mi do ballad rockowych i jazzowych. Doceniło to kilku kompozytorów, idealnie wyczuwając moje preferencje.

W początkach lat 80’ koncertował pan z jazzową formacją Exit. Czy to prawda, że przymierza się pan do nagrania płyty z jazzowym klimatem?

- Istotnie, w początkach lat 80. Poznałem Wojtka Zielińskiego i świetnie się rozumieliśmy. Marzy mi się teraz melancholijne śpiewanie i przymierzam się do płyty w klimacie jazzu.

Czy często ma pan okazję do spotkań z publicznością?

- Mam mnóstwo ofert koncertowych, które z powodu Budki Suflera musiałem odkładać na potem. Teraz śpiewam z zespołem Romuald Lipko Band i przygotowuję własny zespół, by nadrabiać zaległości.

Wylansował pan sporą kolekcję szlagierów. Jakie wydają się panu szczególnie bliskie?

- „Jestem zmęczony” i „Skrzydłami w dół”. Wzruszam się, kiedy słucham tych utworów, bo mam w głowie atmosferę, jaki towarzyszyła ich rejestracji.

Jaki jest Felicjan Andrzejczak na co dzień?

- Patrzę z dystansem na wiele spraw, ale wciąż jestem optymistą. Jestem grzeczny i życzliwy wobec ludzi. Rozczulam się, kiedy widzę krzywdę zwierząt. Zdarzało mi się zabierać ze stancji benzynowych porzucone psiaki.

Co wypełnia panu czas, kiedy nie musi pan śpiewać?

- Uwielbiam majsterkować. Mam w domu potrzebne narzędzia i każdej wiosny buduję budki dla ptaków.

KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.