Więzienie za groźby i kradzież ciastka i jogurtów
Autor: Michał Laudy (laudy@biala24.pl)
Data publikacji: 15.04.2017, 08.37
fot. Michał Laudy, archiwum
Choć informacje o rozboju, do jakiego doszło w ubiegłoroczną Wielką Sobotę, wywołały wśród internautów raczej śmiech, samo zdarzenie było jak najbardziej poważne i zostało osądzone. Jaki wyrok usłyszał bialczanin, który napadł znajomego i zjadł mu jogurt i ciastko, a wcześniej włamał się do szaletu?
To był wieczór Wielkiej Soboty (26 marca 2016). 29-letni Daniel K. wtargnął do mieszkania znajomego (nazwijmy go S.) przy ulicy Brzeskiej, otwierając drzwi na siłę. Wbiegł do środka, wyrażał pretensje wobec S., że mówi niestworzone rzeczy na jego temat. Pchał, szarpał. Przyłożył mu do szyi dwa noże wzięte z kredensu, groził, że zabije, ale nie żądał, aby S. wydał mu jakieś rzeczy. Był agresywny, wcześniej wypił pół litra whiskey. Uspokoił się, usiadł na kanapie. Zauważył dwa jogurty, jeden wypił, drugi wylał, spożył także ciastko. Nie obchodziło go, że artykuły spożywcze są dla siostrzenicy S. Ponownie stał się agresywny, chwycił pogrzebacz i zamachnął się na S., ale ten przytrzymał półmetrowe narzędzie. Chwycił za laptopa, chciał go zabrać, ale usłyszał że komputer jest stary i zepsuty, więc oddał go. Wychodząc z mieszkania, zabronił mówić o tym, co zaszło. S. powiedział jednak policji.

- I żebym wiedział że będą z tego takie problemy, to bym nie informował - mówił już później na korytarzu sądowym. Sąd miał drobny problem z odnalezieniem pokrzywdzonego, bo z Brzeskiej S. się wyprowadził. Do Lublina musiał fatygować się dwa razy - raz na przesłuchanie, a drugi raz z laptopem.

Wylanie jogurtu sąd potraktował jako zabór mienia, "bo oskarżony postąpił z nim jak właściciel", jak argumentował sędzia Adam Daniel. Choć oskarżony szybko oddał laptopa, dla sądu stał się sprawcą kradzieży, a nie jej usiłowania, bo miał urządzenie w posiadaniu. Kradzieże były ledwie wykroczeniem, bo wartości przedmiotów daleko do ćwierci minimalnego wynagrodzenia. Sąd skrupulatnie wycenił skradzione przemioty - dwa jogurty i ciastko miały wartość 5 zł, a paczka papierosów - 3 zł. Rozboju się w tym wszystkim sąd nie dopatrzył, bo oskarżony nie wkroczył do mieszkania i nie groził znajomemu po to, aby coś zabrać. Sąd miał wątpliwości, czy pogrzebacz jest niebezpiecznym narzędziem.

Pokrzywdzony twierdził, że komputer był wart 800 złotych, ale biegły informatyk wycenił sprzęt na góra sto złotych. W trakcie oględzin na sali sądowych laptop, a właściwie ponad 10-letni rupieć z Windowsem XP, sam się wyłączył. S. używał go tylko do rozwiązywania testów na prawo jazdy, niezbyt wiedział w co sprzęt jest wyposażony. - Interfejs DVI, w obecnych laptopach już wycofany. Uszkodzony port USB, wypadająca matryca, uszkodzony zasilacz. System operacyjny nie podnosi wartości sprzętu - wyliczał biegły. - Już nawet nie chce mi się na tego laptopa patrzeć - mówił pokrzywdzony, stojąc przy sądowej barierce.

Sędziemu nie udało się utrzymać powagi podczas odczytywania uzasadnienia wyroku, a dokładnie słowa "szalet". Był to pierwszy przystanek na trasie kryminalnych czynów Daniela K., w nocy z 26 na 27 lutego 2016. Bardziej absurdalny od kolejnego. K. wyważył okno szaletu, wszedł do środka i jedynym, co go zainteresowało, był kawałek mięsa. Zjadł mięso, wycenione na 5 złotych.

K. przyznał się do włamania. Jak mówił, chciał zabrać stamtąd opał, ale nie przygotował się i nie miał jak go przenieść. Do zjedzenia, a więc zaboru mięsa się nie przyznał. Na pytanie obrońcy, czy zjadłby takie mięso z szaletu, odpowiedział: "Nie no, bałbym się jakiegoś choróbska", powodując powszechną, acz skrywaną wesołość wśród uczestników procesu. - Czyn nie zasłużył na surowszą represję karną. Oskarżony niewątpliwie spożył ten kawałek mięsa z głodu - mówił później sędzia, uzasadniając wymiar kary.

Prokurator wnosiła o karę łączną 4,5 roku pozbawienia wolności i 5000 zł grzywny. - Zaakcentować należy agresję, to że pokrzywdzony poniósł ogromną traumę. Mimo że mienie nie przedstawia dużej wartości, pokrzywdzony bardzo to przeżył, obawiał się o własne życie - argumentowała przedstawicielka urzędu oskarżycielskiego. Przypomniała, że Daniel K. dopuścił się czynów niemal dwa miesiące po wyjściu z więzienia.

Adwokat wskazywała, że pokrzywdzony wielokrotnie zmieniał wersje wydarzeń, które rozegrały się w mieszkaniu przy Brzeskiej. - Nie musimy wierzyć we wszystko co mówi, tym bardziej że żadne dowody nie potwierdzają jego wersji wydarzeń. Nikt nic nie słyszał, a przy otwartych drzwiach niosłoby się to po klatce. Nie znaleziono odcisków palców oskarżonego na niczym, czego miał dotykać - mówiła obrończyni oskarżonego. - Oskarżony nie miał środków na zakup opału. Nienajlepszy wybrał sposób, żeby sobie ten opał zapewnić. Groteskowe jest zarzucanie mu tego, że wszedł tam po kawałek mięsa. Wątpliwe jest to, co zeznawał właściciel szaletu, że mięso pachniało na całą okolicę i zachęcało. Każdy z nas dziesięć razy by się zastanowił, jedząc coś z takiego miejsca. Nikt normalny nie trzyma mięsa w szalecie - dodawała. Obrona wniosła o uniewinnienie i uchylenie tymczasowego aresztu.

Za zastraszenie K. skazano na osiem miesięcy więzienia, za groźby i naruszenie nietykalności cielesnej - na rok pozbawienia wolności. Rok i miesiąc pozbawienia wolności to kara za włamanie. O miesiąc wyższa niż dolne zagrożenie przewidziane w kodeksie karnym - bo multirecydywista, jakim jest Daniel K., musi usłyszeć wyrok wyższy niż minimalny. Zgodnie z prawem procesowym, sąd kary zsumował i wydał łączny wyrok - 2 lata i 3 miesiące pozbawienia wolności. Faktycznie Daniel K. będzie odbywał karę o ponad siedem miesięcy krócej, bo przez taki okres był tymczasowo aresztowany.

Za kradzieże K. musiałby przesiedzieć łącznie 30 dni aresztu - musiałby, bo od Poniedziałku Wielkanocnego był za kratkami i sąd zaliczył ten okres na poczet kary. Wyższej kary w kodeksie wykroczeń nie ma. Adwokat z urzędu wycenił swoją pracę na 4500 złotych - z urzędu, więc płatnikiem będzie Skarb Państwa. Z tego samego źródła pokryte będą koszty sądowe oskarżonego.

Sprawa, zapewne ze względu na sporą dozę absurdu, spotkała się ze sporym zainteresowaniem lubelskich mediów, czemu dziwili się na korytarzu sądowym i prokurator, i obrońca. - Sprawa nie była obszerna dowodowo, ale skomplikowana od strony prawnej. Weszła w zastosowanie niemal cała część ogólna kodeksu karnego - opisywał sędzia Daniel.

Daniel K. przyjął wyrok bez emocji. Uradował się za to, i to dość mocno, z informacji o uchyleniu tymczasowego aresztu, obowiązującego od ponad ośmiu miesięcy. Przed świętami Bożego Narodzenia mógł więc się spotkać z rodziną. - Jedyną przesłanką aresztu była grożąca oskarżonemu surowa kara - mówił sędzia.

Sąd Okręgowy zajmował się sprawą 2 września, 7 października, 9, 17, 30 listopada i 9 grudnia.
KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.