Wywiad na weekend. Wystarczają nam role Błaznów
Autor: Istvan GRABOWSKI
Data publikacji: 19.02.2017, 16.43
fot. archiwum zespołu
Krakowski Kabaret Pod Wyrwigroszem to jedna z najzabawniejszych ekip zawodowych wesołków w kraju. Potrafią rozbawić do łez, a do tego są szalenie pomysłowi, kreatywni, pełni energii. Ogląda się ich zawsze i wszędzie z dużą przyjemnością. Większość czasu spędzają w podróżach. Ostatni raz gościli w Białej Podlaskiej przed czterema laty. Dlatego chcą tę przerwę wkrótce nadrobić.
Podobno każdy żołnierz nosi w tornistrze buławę marszałkowską, a każdy aktor filmowego Oscara.
Czy uzyskując dyplom magistra sztuki nie marzyły się Wam role Hamletów i Kordianów?
- I Królów Learów też. Ale proszę zwrócić uwagę, że na Learów mamy jeszcze spore szanse! Póki co, w zupełności wystarczają nam role Błaznów.

Co sprawiło, że zawodowi aktorzy zdecydowali się na flirt z kabaretem?
- Byliśmy młodymi ludźmi. A młodość niesie ze sobą bunt. Kabaret wydawał się idealną formą na jego podjęcie. Chcieliśmy wykrzyczeć światu swoją opinię w zakresie wielu aktualnych spraw, które nas wtedy dotyczyły. Przy okazji przypominam, że kończyliśmy studia w bardzo niepewnych czasach. Ta niepewność dotyczyła także nas, młodych aktorów. O prywatnych teatrach jeszcze się nikomu w Polsce nie śniło. My, jako pionierzy siermiężnego kapitalizmu poszliśmy jako grupa kabaretowa "na swoje". I tak już zostało.

Czy prywatnie jesteście równie weseli, co na scenie?
- Myślę, że mieścimy się w średniej krajowej. Zresztą nawet z naszą sceniczną wesołością jest tak, że staramy się zawsze pamiętać, żeby to na widowni było bardziej wesoło niż u nas.
Telewizja hołubi grupy kabaretowe, co jest na rękę także waszemu zespołowi. Nie wszyscy jednak mają podobny dar rozbawiania widzów do łez.

Czy w waszym przypadku jest to efekt świetnie napisanych i zaaranżowanych tekstów, czy także zdolności aktorskich?
- Hołubienie kabaretów przez  telewizję ma dwa końce. Rozrywki w telewizji jest dużo. Ale czy nie sądzi pan, że ilość programów kabaretowych przerasta nieco zapotrzebowanie?  Naszym zdaniem, telewidzowie mają przesyt! I w związku z tym pojawia się drugi koniec: otóż, stajemy się jako konsumenci coraz bardziej wygodni. A jeśli mamy czegoś wystarczająco dużo w fotelu i przy dobrej kawce, wtedy znacznie mniej chętnie wyruszamy z domu, żeby to „coś" oglądać na żywo.
A przecież bezpośredni kontakt w relacji widz - kabaret przenosi obie strony w zupełnie inny wymiar, niedosiężny dla przekazu TV! Całe szczęście, nasi widzowie to doskonale rozumieją. I chwała im za to!

Czy istnieje jakiś przepis na idealny skecz bawiący każdą publiczność?
- Proszę pana! Jeśli chodzi przepis na coś idealnego, to koleżanka Rybarska ma taki przepis. Na mielone. A skecz? Skecz dopiero w trakcie grania doznaje niezbędnego szlifu, dzięki któremu publiczność się cieszy. Rany! Gdyby ktoś znał receptę na idealny skecz, byłby milionerem! Czyli - posługując się nomenklaturą kulinarną - przepisu nie ma, ale pomimo to danie często wychodzi lekkostrawne.

Jak rodzą się wasze programy? Piszecie je sami, czy wspólnie z satyrykiem RMF FM Tomaszem Olbratowskim?
- Nasza mocarna dłoń ma pięć palców! Tomek jest pełnoprawnym członkiem zespołu. Nie można go traktować na zasadzie: "my" i "on". Po prostu jest kabaretowi bardzo potrzebny. I nawzajem..

Ogromne powodzenie zapewnił wam przezabawny cykl „Między Bugiem a prawdą”, trafnie komentujący prowincjonalną współczesność i uznawany za wizytówkę Kabaretu pod Wyrwigroszem. Skąd wziął się wasz kresowy zaśpiew?

- Mamy w składzie dwoje białostoczan: Beatę i Andrzeja. Reszta sobie ze wschodnim zaśpiewem też jakoś radzi. Ale nasi Kresowiacy są wiarygodni nie tylko ze względu na formę. Tam jest po prostu dużo ludowej mądrości!
Z jakimi reakcjami spotykacie się podczas wędrówek z Kolbergiem po kraju. Czego domagają się wasi widzowie?
- Czego się domagają? Dłuższego programu. Dla niektórych widzów bite dwie godziny to zdecydowanie za mało...

Jak często macie okazję grać na scenie nie tylko w programach kabaretowych?

- Dwa, trzy dni w miesiącu. Andrzej występuje od czasu do czasu w Ludowym i w Bagateli, reszta najchętniej w teatrze STU w Krakowie. To teatr impresaryjny, gdzie jesteśmy angażowani do konkretnych ról. Z reguły w dublurach, albowiem to kabaret jest naszym głównym "żywicielem" i w związku z tym zawsze musimy mieć możliwość manewru. Teatr jest szlachetnym dodatkiem do naszego "rozrywkowego" trybu pracy. No i nie trzeba nigdzie jechać. Wychodzi się z domu godzinkę przed spektaklem i już. Coś pięknego!

Czym zajmujecie się najchętniej, kiedy nie musicie występować?
- Gramy dużo, przeszło 200 razy w roku. Ale jak tylko pojawia się wolna chwila, każdy ma coś swojego. Beata - dom i zakupy, Tomek - wino, Łukasz - latanie (ma licencję pilota) i produkcje filmowe, Andrzej - muzyka (we wszelkich aspektach), ja (Maurycy) - tenis i pisanie wierszy (ostatnio wydany tomik dla dzieci "Wierszyki na giętkie języki"). Poza tym wychowujemy dzieci na rozsądnie myślących ludzi i staramy się żyć najnormalniej na świecie. Czego i Państwu serdecznie życzymy!
KOMENTARZE
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usługi zgodnie z polityką plików cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.